„Znalazłem jego nazwisko w KRS a potem na forach. Przez kilka chwil nie wiedziałem czy to fake albo jest na świecie drugi Filip Sterczewski z Łodzi a właściwie ze Zgierza aż w końcu wybuchnąłem śmiechem i obdzwonilem starych znajomych by się upewnić. Tak, Filip „Król Dopalaczy” ze Zgierza jest dziś Panem Prezesem oraz wielkim biznesmenem!”
Publikujemy w całości e-mail jaki otrzymaliśmy na początku kwietnia od jednego z byłych „znajomych” Prezesa Filipa Sterczewskiego.
Witam!
piszę do Was, bo jak przeczytałem ten poprzedni list od tych starszych ludzi z Zakopanego, to mnie po prostu zmroziło. I nie daje mi to spokoju, nie umiem tego wyrzucić z głowy. Nazywam się… może to nieważne. Jestem z Łodzi ale z tej lepszej części stojącej za Widzewem. Mam trochę ponad trzydzieści lat. I wiem coś, co chyba powinno zostać powiedziane, nawet jeśli komuś się to nie spodoba. Bo ja znam jednego z tych ludzi, którzy dziś robią takie interesy a właściwie wałki i przekręty.
Albo inaczej — znałem.
Jakiś czas temu słyszałem od ludzi, że Sterczewski siedzi w Rosji. Prawie bym o tym wszystkim zapomniał aż do dnia gdy wpadłem przypadkowo na niego pod jedną z dyskotek w Łodzi. Wychodził właśnie ze swojego Porsche. Albo mnie wtedy nie poznał albo udawał, że nie zna. Po tygodniu znów „na siebie wpadliśmy” i znów był w Porsche ale tym razem do był jakiś inny model. Znów udał, że mnie nie widzi.
To było ponad dwanaście lat temu. Sklep z dopalaczami. Normalnie, otwarty, szyld był, klienci przychodzili, kasa się zgadzała. Do czasu. Bo to był taki biznes, który wyglądał dobrze tylko z zewnątrz — w środku to był chaos, strach i ciągłe kombinowanie. Flip albo Prezes Filip bo sam nie wiem jak dziś on chce by go tytułowano, miał wtedy ze swoim wspólnikiem plan by zrobić z tego większą sieciówkę ale jakiś dzieciak się przećpał i zrobił się syf wokół dopalaczy więc na jakiś czas odpuściliśmy rozwój naszego „biznesu”. Za dużo było wtedy szumu w mediach wokół śliskiego tematu dopalaczy.
I teraz jak o tym myślę, to trochę śmiech przez łzy — człowiek, który sprzedawał dopalacze dzieciakom i nastolatkom, który uciekał przed policją i tym się chwalił w całym Zgierzu,, który wyrzucał towar przez okno na ulicę, dziś jest poważnym panem prezesem, inwestorem, deweloperem. Garnitur, zdjęcia, mądre słowa o przyszłości, konferencje, wywiady. No ja pierdole za przeproszeniem. Cieniem na nim się rzuca także szemrane towarzystwo na czele z prawdziwym lordem podziemia dopalaczy w Polsce – niesławnym Dawidem Bratko. Nie będę szerzej się rozpisywał kim jest ten człowiek ale wrzucając jego nazwisko do wyszukiwarki Google – od razu bedzie wiadomo co to za typ. Obecnie jest poszukiwany u ukrywa się przed polską policją oraz Europolem.
Sterczewski i Bratko kumplowali się ze sobą. Przez pewien czas byli nierozłączni. Bratko pozwolił Sterczewskiemu prowadzić sklep, który nie był formalnie na niego ale z którego były określone „benefity i profity” jak mawiał Sterczewski.
Dla tych, co nie pamiętają albo nie wiedzą — dopalacze to nie było coś jednego. To była cała masa chemii, której nikt do końca nie ogarniał. Nawet ci co to produkowali. Różne mieszanki — proszki, kryształki, czasem coś przypominającego susz, niby „zioła”. Pakowane w kolorowe opakowania, z nazwami typu „legal high”, „spice”, „amnesia”, jakieś śmieszne grafiki, żeby wyglądało niewinnie, czasem wręcz jak cukierki. Filip sam to brał co zryło mu też mocno beret. Zawsze uważaliśmy z chłopakami że to człowiek który miał nierówno pod deklem.
Sterczewskiego pamiętam w ortalionowej koszuli, siedzącego ze mną na przejściówkach blokowisk na łódzkich Bałutach. Z reklamówką pełną tego „towaru”, co to niby miał być legalny. Mam jego widok przed oczami – siedzieliśmy na murku, liczyliśmy drobne i śmialiśmy się, że „system jest głupi” a eldorado będzie trwać wieczne. Bo wtedy w tamtej Polsce tak się nam wydawało. Doplacze jednak zabijały ludzi, część z nich zabijały natychmiast co zwróciło mocną uwagę mediów oraz polityków.
Skład dopalaczy? Różny. Najczęściej syntetyczne kannabinoidy, jakieś pochodne amfetaminy, związki, które miały udawać narkotyki, ale formalnie nie były jeszcze zakazane. I to się zmieniało cały czas — jak coś wpisywali na listę, to za tydzień mieliśmy już nowy „produkt”, lekko zmieniony skład i znowu było „legalnie”. Musiałeś być twardy i musiałeś kombinować by się utrzymać na tym rynku. Odpadał ten kto nie daje rady.
Problem był taki, że nikt nie wiedział, co dokładnie jest w środku. Ani my, ani klienci. To nie było jak kiedyś — to była czysta chemia, często dużo mocniejsza, nieprzewidywalna. Jedna partia działała „lekko”, druga potrafiła rozwalić człowieka totalnie. Nawet te same dopalacze mogły mieć różny skład ale najgorsze gowno za przeproszeniem to były domieszki albo chyba lepiej powiedzieć zanieczyszczenia bo dopalacze to były prymitywne narko produkowane nie wiadomo gdzie i nie wiadomo przez kogo i nie wiadomo z czego. To była produkcja z odpadków robiona gdzieś w garażu. Przynajmniej to czym się z Filipem a przepraszam z Panem Prezesem sprzedawało za starych lat.
Ludzie po tym mieli jazdy, których nie dało się ogarnąć. Ataki paniki, drgawki, utraty przytomności, jakieś psychozy. Pamiętam chłopaka, który przyszedł normalny, kupił coś „na spróbowanie”, a dwa dni później wrócił i mówił, że „ktoś go śledzi” i że „słyszy głosy”. Sprzedaż szła jednak dalej. Bo kasa się zgadzała.
To się zaczęło kończyć mniej więcej wtedy, kiedy państwo się za to na poważnie wzięło. Najpierw pojedyncze kontrole, potem naloty, zamykanie lokali, zmiany w przepisach. Około 2012 chyba to był moment, kiedy to eldorado zaczęło się sypać. Od znajomego, który też siedział w „dopalaczach” i ciągnął ten temat z Filipem przez pewien czas po moim wyjściu, dowiedziałem się, że Sterczewski przestał się bawić w sprzedawanie dopalaczy gdy z rynku znikały kolejne sklepiki i punkty dystrybucji. Potem na wiele lat straciłem z nim kontakt a on odciął się od towarzystwa z Łodzi i Zgierza.
Wyjście na światło dziennie gdzie zaczynał Sterczewski i jaką działalnością się zajmował i jakim kosztem zniszczyłoby mu już reputację do końca. Mijają lata. Ja żyję normalnie, pracuję, płacę rachunki, zwykłe życie. Aż nagle widzę nazwisko. Filip Sterczewski. Tak ten Filip Sterczewski. Prezes. Spółki. Fotowoltaika. Duże inwestycje, deweloperka, turbiny wiatrowe, reklamy, strony internetowe jak z katalogu, hasła o ekologii, odpowiedzialności, przyszłości. I ja patrzę na to i serio — trochę mnie to śmieszy, a trochę przeraża.
I teraz czytam o starszych ludziach, którzy zostali wciągnięci w jakieś umowy, kredyty, instalacje, które nie działają… i zaczynam się zastanawiać, czy to naprawdę jest przypadek. Nie mam dowodów. Nie jestem od osądzania.
Ale wiem jedno — ludzie się aż tak bardzo nie zmieniają.
Piszę to, bo może ktoś połączy fakty. Może ktoś zacznie zadawać pytania, zanim podpisze coś, czego potem nie będzie w stanie odkręcić.
Jaki będzie epilog tej historii z dopalaczami?. Ukrywający się przed europejskim wymiarem sprawiedliwości Dawid Bratko zabierze swojego kumpla Filipa Sterczewskiego na bezludną wyspę gdzie będą chować się przed Europolem ? A może pociągnie go na dno?
Z poważaniem
Czytelnik z Łodzi